Flag Counter
Chorzów wczoraj, dziś i jutro

Pieniądze

niedziela, 11 grudnia 2011
fot. Marek Zajdler
fot. Marek Zajdler /East News

Tak naprawdę kobieta w chustce na starym dwudziestozłotowym banknocie - w obiegu od 1950 do 1977 roku - to ani robotnica, ani Anielka, ale Helena Michalik, z urodzenia lwowianka, która dużą część życia spędziła w Nowej Hucie.

- Kojarzy pani stary dwudziestozłotowy banknot z kobietą w chustce? Ta "robotnica" to moja mama, Helena - usłyszała rok temu od Jerzego Michalika Aleksandra Wójcik z "Dziennika Polskiego". Potem Michalik opowiedział jej romantyczną historię: po wojnie była uczennica lwowskiej szkoły plastycznej przypadkowo spotkała w Krakowie swojego profesora. Artysta miał, ze wzajemnością, zauroczyć się śliczną dziewczyną jeszcze we Lwowie. A ponieważ właśnie otrzymał zlecenie od Narodowego Banku Polskiego na wykonanie projektów nowych banknotów, postanowił wykorzystać wizerunek urodziwej studentki. I tak twarz Heleny trafia na dwudziestozłotówkę. Tyle rodzinnej legendy. Ile w niej prawdy?

Kto dał twarz robotnicy?

Ani Jerzy, ani nikt z rodziny Michalików nie ma żadnych dokumentów, które poświadczałyby, że kobieta z banknotu to Helena. A jednak jej krewni od lat żyją w przekonaniu, że to prawda. Jerzy Michalik zawsze nosi przy sobie sfatygowaną dwudziestozłotówkę, spiętą ze starym zdjęciem legitymacyjnym matki.

Można zauważyć podobieństwo kobiet na obu wizerunkach, ale może to tylko siła sugestii? Czy po ponad sześćdziesięciu latach od zaprojektowania banknotu uda się sprawdzić, kto dał twarz robotnicy z dwudziestozłotówki?

Zdecydowanie łatwiej ustalić tożsamość projektanta banknotów, wyemitowanych w 1948 roku. To Wacław Borowski, malarz, grafik, autor polskich pieniędzy papierowych jeszcze z międzywojennego dwudziestolecia. Artysta zmarł krótko po wejściu do obiegu swojej ostatniej serii banknotów - w 1954 roku.

Czy ktoś oprócz niego znał tożsamość kobiety sportretowanej na dwudziestozłotówce? Jest bardzo prawdopodobne, że instytucje zajmujące się emitowaniem pieniędzy, a więc organy państwa (zwłaszcza takiego, jakim była PRL), musiały wiedzieć, czyje twarze umieszczane są na banknotach. Tuż po wojnie były to Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych i NBP.

Odpowiedź Arkadiusza Słodkowskiego, rzecznika prasowego Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych S.A. - spadkobierczyni PRL-owskiej Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych - rozczarowuje.

- PWPW otrzymywała do produkcji gotowy projekt, bez informacji, jaka postać była pierwowzorem do jego opracowania. Jej tożsamość mógł znać tylko projektant banknotu. PWPW nie posiadała także informacji, w jaki sposób i na jakich zasadach projektant pozyskiwał wizerunek postaci - wyjaśnia Słodkowski.

Pracownicy NBP również nie potrafią pomóc. Przesyłają za to album z reprodukcjami projektów polskich banknotów, historycznych i współczesnych. Okazuje się, że Borowski przygotował co najmniej dwa projekty dwudziestozłotówki... z dwiema różnymi "robotnicami".

Na jednym z rysunków znajduje się kobieta o zupełnie innych rysach twarzy, z chustką zawiązaną do tyłu i koralami pod szyją. Rewers banknotu, zamiast Sukiennic, które znalazły się na dwudziestozłotówce dopuszczonej do obiegu, zdobi... kombajn w łanach zboża. Okazuje się, że każdy papierowy pieniądz z serii z 1948 roku był zaprojektowany w co najmniej dwóch wersjach.

Ostatecznie wyemitowanych zostało siedem banknotów z tej serii, a na pięciu z najwyższymi nominałami znalazły się wizerunki ludzi, narysowane ręką Borowskiego. Robotnica z dwudziestozłotówki to jedyna kobieta - "droższa" od wieśniaka (10 zł), ale "tańsza" od rybaka (50 zł), robotnika (100 zł) i górnika (500 zł). Każdej postaci na rewersie towarzyszy określone środowisko pracy - pole ze skoszonym zbożem, gdyński port, dymiące kominy, kopalnia.

Drukowano szybko i w tajemnicy

Nowe banknoty zostały wprowadzone do obiegu w nocy z soboty na niedzielę, 30 października 1950 roku. Co ciekawe, ich druk został powierzony zagranicznym drukarniom. Przykładowo: dwudziestozłotówka z robotnicą powstała na Węgrzech, a także... w Kanadzie, gdyż drukarnia w Budapeszcie nie mogła w krótkim czasie zrealizować tak dużego zamówienia. Władzom PRL zależało na tym, by banknoty zostały wydrukowane szybko i w tajemnicy. Poprzednio wyemitowana seria okazała się bowiem łatwym do podrobienia bublem.

Warto zauważyć, że przewidziano zaledwie 10 dni na wymianę pieniędzy - po 8 listopada 1950 r. stare banknoty stawały się bezwartościowe. Dla porównania - po ostatniej denominacji w 1995 roku można było płacić starymi złotymi jeszcze przez kolejne 2 lata.

Mimo mało dogodnych okoliczności wprowadzenia nowych banknotów Polacy chyba je polubili. Towarzyszące nam przez 30 lat postacie z banknotów zyskały przydomki - górnik przezywany był "brudasem" lub "grubasem". Dla robotnicy ludzie byli łaskawsi, nazwali ją czule Anielką.

Nie ma wątpliwości, że papierowe pieniądze z 1948 roku, jak każda forma twórczości w tym okresie, miały być nośnikiem socjalistycznej ideologii. Twarze ludzi pracy wyglądają zresztą trochę jak socrealistyczne, monumentalne posągi. W artykule z "Biuletynu Numizmatycznego" na temat Wacława Borowskiego można przeczytać, że postacie na papierowych pieniądzach z 1948 roku "przypominają rzeźby" i "nie są kopiami żywych modeli". Może więc szukanie pierwowzoru robotnicy nie ma sensu, bo taka osoba nigdy nie istniała?

Okazuje się jednak, że wizerunki ludzi pracy nie były efektem inwencji twórczej Borowskiego, ale portretami konkretnych osób. Co więcej, nie my pierwsi próbujemy poznać tożsamość bohaterów banknotów. 

Kim byli bohaterowie z banknotów?

Czesław Miłczak, artysta-grafik, z zamiłowania numizmatyk, od kilkudziesięciu lat gromadzi informacje na temat polskich pieniędzy. Jak tłumaczy, wstępne prace nad projektami banknotów odbywały się w PWPW w Łodzi, gdyż siedziba w Warszawie została zniszczona w powstaniu, w 1944 roku. To właśnie w łódzkim oddziale PWPW zatrudniony był Wacław Borowski.

Miłczakowi udało się w latach 70. dotrzeć do ludzi, którzy po wojnie pracowali w łódzkiej PWPW. Od nich dowiedział się, kto był pierwowzorem wieśniaka i robotnika z banknotów.

- W drugiej połowie lat 40. na korytarzu PWPW w Łodzi wieszano portrety przodowników pracy z tego zakładu. Na jednym z nich znalazł się Mateusz Jóźwiak, który pracował tam jako giser (robotnik zajmujący się odlewaniem z metalu - AW). Wacław Borowski skorzystał z jego zdjęcia przy projektowaniu banknotu z wizerunkiem wieśniaka - wyjaśnia Czesław Miłczak.

Numizmatykowi udało się także ustalić, że pierwowzorem robotnika ze stuzłotowego banknotu nie był, jak głosiła plotka, Wincenty Pstrowski, legendarny przodownik pracy, bohater komunistycznej propagandy, ale niejaki Bronisław Tomaszewski, kierowca w łódzkiej PWPW.

Miłczak przyznaje, że starał się potwierdzić tożsamość pozostałych postaci z banknotów, ale bez skutku. Biorąc jednak pod uwagę swoje poprzednie ustalenia, podejrzewał, że kobieta z dwudziestozłotówki również była związana z łódzkim oddziałem PWPW. Żaden z jego rozmówców nie rozpoznawał jednak w robotnicy koleżanki z pracy.

Informacje Czesława Miłczaka są istotne, bo dowodzą, że bohaterowie papierowych pieniędzy byli wzorowani jednak na żywych modelach. Próby ustalenia tożsamości robotnicy mają więc sens. Entuzjazm studzić może jedynie uwaga Miłczaka, że niejedna osoba podawała się już za postać z banknotu...

Kilka faktów z życia Heleny

Tymczasem poznajemy kilka faktów z życia Heleny Michalik i otrzymujemy jej zdjęcia z młodości. Urodziła się 1 września 1922 roku jako Helena Bujak. Rosła na utalentowaną artystkę, interesowała ją zwłaszcza rzeźba - po kilkudziesięciu latach wpisze do kwestionariusza paszportowego w rubryce zawód: "rzeźbiarz".Na krótko przed wybuchem II wojny światowej wstąpiła do jednej z lwowskich szkół plastycznych, prawdopodobnie do Szkoły Przemysłu Artystycznego.

Naukę przerwała jej wojna, razem z rodziną wyjechała do Krakowa. Tu spotkała dwóch mężczyzn, którzy mieli największy wpływ na jej życie. Witolda Michalika, inżyniera, a wkrótce swojego męża, którego poznała jeszcze w przedwojennym Lwowie, oraz - jak głosi rodzinna legenda - byłego nauczyciela ze szkoły plastycznej. Prawdopodobnie był to Wacław Borowski, choć syn Heleny nie pamięta, by matka kiedykolwiek wspominała to nazwisko. Kobieta z pewnością za to utrzymywała, że do jej spotkania z artystą miało dojść pod krakowskimi Sukiennicami. W tym miejscu awers (robotnica) i rewers (Sukiennice) banknotu składają się w romantyczną całość...

Równie prawdopodobne jest jednak to, że Borowski umieścił rysunek Sukiennic na dwudziestozłotówce, bo taki był odgórny nakaz. A może zadecydował sentyment artysty do Krakowa?

Wiadomo, że studiował on malarstwo w tutejszej Akademii Sztuk Pięknych. Według Moniki Nowakowskiej, kuratorki niedawno otwartej wystawy poświęconej Borowskiemu w Muzeum Miasta Łodzi, artysta bywał często w Krakowie w międzywojniu. Odwiedzał tu swoją siostrę, a nawet przez pewien czas u niej mieszkał. Niewiele wiadomo natomiast o jego ewentualnych przyjazdach do Krakowa po wojnie.

Jak podaje Nowakowska, Borowski został ranny w powstaniu warszawskim i nigdy nie doszedł do pełni sił. Ostatnie lata życia spędził u boku drugiej żony, Wandy Greniewskiej-Borowskiej, którą poznał jako studentkę Instytutu Sztuk Plastycznych w Warszawie. Borowscy nie mieli dzieci, prawdopodobnie nie żyje już nikt z najbliższej rodziny artysty, ktoś, kto mógłby wiedzieć o jego znajomości z Heleną Michalik. Jak przyznaje Monika Nowakowska, artysta chętnie portretował na swoich obrazach anonimowe kobiety. Być może robotnica z banknotu miała być kolejną, nieznaną z nazwiska modelką Borowskiego?

Superprojekcja prawdę ci powie

Na zdjęciu, jeszcze z czasów lwowskich, Helena ma kilkanaście lat, wesołe oczy i ujmujący uśmiech. Z przedziałkiem pośrodku głowy i białym kołnierzykiem wygląda bardzo dziewczęco. Na pozostałych fotografiach z rodzinnego albumu Michalików kobieta jest starsza (na pieczątkach z lwowskiego atelier widnieje adres w języku niemieckim, musiały więc być wykonane już po 1941 roku - po wkroczeniu Niemców do Lwowa).

Na jednym ze zdjęć Helena jest nawet podobnie uczesana i - tak jak kobieta z banknotu - ma na głowie chustkę. Ale może po prostu jest tylko podobna do postaci z dwudziestozłotówki? Może, zauważywszy to podobieństwo, misternie ułożyła całą historię i przekonała swoich bliskich do tego, że to ją wybrał artysta na "pierwszą robotnicę" PRL?

Jerzy Michalik wspomina, że jego ciotki, siostry Heleny, robiły sobie z niej żarty i raczej nie wierzyły w historię z banknotem. Może były zwyczajnie zazdrosne, a może miały podstawy, by podejrzewać Helenę o fantazjowanie?

Jak podaje Czesław Miłczak, Borowski zaprojektował dwudziestozłotówkę z robotnicą w 1947 roku. Helena nie miała wtedy więcej niż 25 lat. Tymczasem kobieta na banknocie wygląda na starszą. Helena na zdjęciach z rodzinnego albumu to młoda dziewczyna, postać na papierowym pieniądzu to raczej dojrzała kobieta. Porównując pobieżnie oba wizerunki, nie można stwierdzić z przekonaniem, że robotnica z dwudziestozłotówki to ona.

Postanawiamy zwrócić się o pomoc do specjalisty. Nadkomisarz Waldemar Piekarski jest ekspertem z zakresu odtwarzania wyglądu osób w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Zgadza się przeprowadzić analizę wizerunków z banknotu oraz ze zdjęć, by stwierdzić, czy kobieta z fotografii i robotnica z dwudziestozłotówki to ta sama osoba.

Nadkom. Piekarski wykorzystuje w tym celu jedną z metod stosowanych w kryminalistyce - superprojekcję fotograficzną, która polega na nałożeniu na siebie dwóch obrazów w programie graficznym.

- Zarówno materiał dowodowy jak i porównawczy muszą spełniać kryteria przypisane tej metodzie. Między innymi muszą mieć tę samą wielkość i ustawienie głowy. Dąży się do całkowitego pokrycia obrysów twarzy i elementów twarzoczaszki. Ilość elementów wspólnych na obu obrazach pozwala na ostateczną ocenę materiału - wyjaśnia nadkom. Piekarski. Policjant zaznacza, że superprojekcja nigdy nie daje całkowitej pewności, ale pozwala ocenić prawdopodobieństwo - od oceny negatywnej do "prawdopodobieństwa graniczącego z pewnością".

Zagadka została rozwiązana?

Jak tłumaczy policyjny ekspert, w przypadku przeprowadzonej na prośbę reporterki "Dziennika Polskiego" analizy, "materiałem dowodowym" był portret robotnicy na dwudziestozłotówce, a "materiałem porównawczym" - zdjęcie Heleny. Punktem wyjścia był więc wizerunek z banknotu, na który stopniowo (kolejno w 20, 50, 70 i 100 procentach) nakładana była twarz z fotografii. Najbardziej pomocne okazało się zdjęcie legitymacyjne - to, na którym Helena ma około 16 lat.

- Prawdopodobnie to właśnie zdjęcie było pierwowzorem portretu z banknotu. Oba wizerunki wykazują bardzo podobne cechy, twarz ustawiona jest w ten sam sposób, większość elementów twarzoczaszki pokrywa się, mają porównywalne cechy ilościowe i jakościowe - stwierdza nadkom. Piekarski.

Policyjny ekspert przypuszcza, że widoczne różnice w portretach z banknotu oraz ze zdjęcia wynikają z ingerencji artysty, który chciał - lub musiał - przestylizować młodziutką twarz studentki na co najmniej dwukrotnie starszą od siebie robotnicę. - Inna jest linia włosów i uczesanie, poza tym na zdjęciu kobieta uśmiecha się i widoczne są zęby. Prawdopodobnie postać na banknocie musiała wyglądać poważniej, ta zmiana wynika z przyjętej w tego typu projektowaniu konwencji i stylizacji - mówi nadkom. Piekarski.

Twarz z banknotu uśmiecha się bardzo delikatnie i przez zaciśnięte usta - niektórzy podobno żartowali, że "robotnica" wygląda, jakby bolały ją zęby). Można doszukać się także podobieństwa wizerunku Heleny z banknotu z innymi zdjęciami. Kiedy uśmiecha się delikatniej, kąciki ust unoszą się ku górze, podobnie kształtują się policzki oraz bruzdy okolic nosa i ust. Zgadza się kształt brwi oraz wysokość czoła.

Wszystko wskazuje więc na to, że zagadka robotnicy została rozwiązana. Z całą pewnością bohaterka banknotu ani przez moment nie miała nic wspólnego z zawodem, który reprezentowała na portrecie. W dodatku okazuje się, że historia z dwudziestozłotówką to zaledwie jeden z kilku tajemniczych epizodów w życiu Heleny Michalik.

Dalsze losy "robotnicy" z banknotu

Po ślubie i kilkuletnim pobycie na ziemiach zachodnich, w połowie lat 50. Michalikowie wraz z trojgiem dzieci zamieszkali w Nowej Hucie. Tutaj Helena dostała dobrą pracę jako kierowniczka stołówki Technikum Elektrycznego na os. Szkolnym. Reporterce "Dziennika Polskiego" udało się porozmawiać z byłym pracownikiem tej placówki, który pamięta z widzenia Helenę, choć nigdy wcześniej nie słyszał o historii z banknotem. Okazuje się, że kobieta raczej unikała opowiadania o tym niezwykłym epizodzie ze swojego życia.

Zresztą, z małżeństwa Michalików bardziej znaną postacią w Nowej Hucie był Witold. Jego życiorys nadaje się w zasadzie na kolejny artykuł. Michalik, urodzony w 1905 roku w Rudkach pod Lwowem, absolwent Wydziału Dróg Politechniki Lwowskiej, najpierw pracował jako kierownik budowy dróg w Hucie im. Lenina, a potem jako wicedyrektor Wojewódzkiego Zarządu Dróg Publicznych w Krakowie.

Z pierwszej pracy został wyrzucony za sprowadzenie na teren kombinatu Polskiej Kroniki Filmowej. Michalik poprosił o interwencję w związku z marnowaniem przez jego zakład cennych maszyn, które leżały pod gołym niebem i były niszczone przez deszcz. Po raz drugi niepokorną naturę Michalik pokazał podczas zimy stulecia w 1979 roku. Ogromne zaspy kompletnie blokowały wówczas drogi dojazdowe do Nowej Huty. Miasto dysponowało pługami, ale były w zasadzie bezużyteczne, bo brakowało im łożysk. Witoldowi udało się zdobyć te części. Odzyskał je z... wojskowych czołgów, do czego wolał się jednak nie przyznawać.

Hobby ucieczką od problemów

Michalik jest jednak najbardziej znany w Nowej Hucie nie ze swojej pracy zawodowej, ale z ogromnej pasji - fotografii. W 1955 roku wraz z innymi fotografami amatorami założył Polskie Towarzystwo Fotograficzne Oddział w Nowej Hucie - jego spadkobiercą jest działający do dzisiaj Krakowski Klub Fotograficzny. Był jego przewodniczącym aż do śmierci w 1985 roku.

Za swoje prace, głównie akty, Witold Michalik otrzymał kilkadziesiąt nagród, wziął udział w wielu wystawach w kraju i za granicą. Jak mówi syn Heleny i Witolda, hobby ojca było ucieczką od problemów w małżeństwie. Związek niemal od początku nie był udany. Przyczyniły się do tego częste, dość tajemnicze zagraniczne wyjazdy Heleny.

Jerzy Michalik wspomina, że matka kilka razy do roku opuszczała rodzinę i wyjeżdżała za granicę. - Nie umiem zliczyć, w ilu krajach była. Afryka, Bliski Wschód, Japonia... Z każdej podróży coś przywoziła. Pamiętam maskotki i egzotyczne owoce - kokosy, granaty...

- Ich miąższ kojarzył mi się wtedy ze swojskimi czerwonymi porzeczkami. Pamiętam też, że z Japonii przywiozła ojcu ruchomą zabawkę - fotografa, który chodził z aparatem i błyskał fleszem. Wtedy to był dla mnie cud techniki! - wspomina Jerzy. Mężczyźnie utkwiły w pamięci reakcje sąsiadów na zagraniczne wyjazdy Heleny. - Jak to, pani Helenka może wyjeżdżać? A paszport? - pytały zdziwione sąsiadki. Ona tylko się uśmiechała.

Tajemnicze podróże za czasów PRL-u

Trudno się dziwić pytaniom znajomych Heleny. Bo jak to możliwe, że w czasach, gdy wyjazdy z PRL były tak bardzo utrudnione, ona mogła bez problemu opuszczać kraj, i równie swobodnie do niego wracać? Jerzy Michalik nie ukrywa, że według niego to służby PRL umożliwiły matce wyjazdy. Helena miała wykonywać na ich rzecz określone zadania.

W archiwach krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej znajdują się jej akta paszportowe. Choć są raczej skąpe i niekompletne, potwierdzają relacje syna Heleny, że w latach 60. wiele razy wyjeżdżała do krajów europejskich, ZSRR, Chin czy Afryki Zachodniej. Zapisy na jednym z dokumentów wskazują, że większość wyjazdów była organizowana przez PRL-owskie biuro podróży Orbis.

Wątpliwości budzą jednak udokumentowane wyjazdy od 1967 roku. Wpisy na ich temat opatrzone są bowiem enigmatycznymi liczbowymi oznaczeniami. - Nie potrafię ich rozszyfrować - przyznaje Marcin Kasprzycki, specjalista w krakowskim Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej IPN. - W kolumnie "rodzaj wniosku" w jednym przypadku pojawia się zapis "W. II", a w dwóch ostatnich - "II". Mogą one sugerować, że o wyjazd wnioskował Departament II, czyli kontrwywiad. Jednak kategorycznie nie można tego stwierdzić.

Współpracowała czy nie?

Dziennikarce "Dziennika Polskiego" udało się porozmawiać z byłymi funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, którzy pracowali w krakowskim wydziale paszportów. Również oni przyznają nieoficjalnie, że oznaczenie "II" może dotyczyć Departamentu II.

- Potwierdzenie faktu, czy Michalik była wykorzystywana na przykład przez wywiad PRL, jest o tyle trudne, że brak w zasobie IPN akt paszportowych z tego okresu (nr EA-73441 oraz E-30611) - wyjaśnia Kasprzycki. Według historyka, ewentualnej współpracy Heleny z PRL-owskimi służbami przeczy fakt, że w kartotekach komunistycznego aparatu represji nie ma śladu pozyskania osoby o jej nazwisku do współpracy.

Z drugiej strony, Kasprzycki dodaje, że Departament II wykorzystywał do swoich celów nie tylko zarejestrowanych tajnych współpracowników. W "Wytycznych Departamentu II MSW w sprawie wykonywania niektórych zadań w zakresie indywidualnych-prywatnych wyjazdów obywateli PRL na czasowy pobyt do krajów kapitalistycznych" z czerwca 1958 roku napisano, że "zadania natury kontrwywiadowczej i wywiadowczej można dawać (...) także niektórym osobom wyjeżdżającym niezwiązanym ze służbą bezpieczeństwa, o ile są one godne zaufania i mają odpowiednie możliwości ich wykonania".

Czy taką osobą była Helena? Wszystko wskazuje na to, że - w przeciwieństwie do historii z banknotem - prawdopodobnie nie uda się wyjaśnić charakteru jej zagranicznych wojaży. Wiadomo natomiast, że z jednego z nich kobieta nie powróciła do kraju - w 1973 roku zamieszkała na stałe w Australii. Po kilku latach dołączył do niej syn, który mieszka tam do dziś. Wtedy, według jego relacji, współpraca matki ze służbami się zakończyła.

W wieku 53 lat Helena po raz drugi wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. Do Polski wróciła na krótko przed śmiercią w 1991 roku. Została pochowana na cmentarzu Rakowickim, przy głównej alei dawnego cmentarza wojskowego. Na tablicy nagrobka syn Heleny umieścił niepozorny, dziś już wyblakły wizerunek robotnicy z banknotu.

Anielka do kupienia w różnej cenie

Podobno w pewnym momencie za banknot z robotnicą można było dostać w sklepie butelkę wódki. Dziś to Anielkę można kupić - głównie na aukcjach portali numizmatycznych. Anielka "bardzo piękna" ("very fine" - tłumaczenie za jednym z portali numizmatycznych publikujących cenniki banknotów), czyli lekko zużyta, z zagięciami i zniszczonymi krawędziami, ale bez rozerwań, kosztuje w zależności od serii od 10 do 650 zł.

Anielkę "wyjątkowo piękną" ("extremely fine", czyli minimalnie zużytą, na przykład zabrudzoną na krawędziach) można kupić już od 10 zł, ale maksymalna cena może wynieść aż 1400 zł. Najdroższa jest Anielka "nieobiegowa" ("uncirculated", idealnie zachowany, błyszczący banknot o ostrych rogach) - jej koszt według cennika wynosi od 60 do 2700 zł.

Aleksandra Wójcik